-Dawno Cię tu nie było.-Ściskające mnie dłonie ciotki, były chłodne i szorstkie. -Cieszę się, że mnie odwiedziłaś.
Złożyłam na jej policzku delikatny pocałunek i usiadłam na jednej z kanap, przykrytych różowymi kocami.
-Chcesz herbaty? kawy?-Zapytała wchodząc do połączonej z salonem kuchni.
-Chętnie napiję się herbaty.- Odparłam przeczesując dłonią włosy.
Ciotka nastawiła wodę w czajniku i wsypała do filiżanek herbatę.
-Co cię do mnie sprowadza, kochanie?-Zapytała uśmiechając się przyjaźnie.
-Tata coraz gorzej się czuje Ciociu...-Mruknęłam wpatrując się we własne, suche od zimna dłonie.
-Och.-Ciotka westchnęła, głęboko zaciągając się powietrzem.-Tak bardzo mi głupio....że nasze relacje się tak popsuły...chciałabym wiedzieć co się z nim dzieje.-Powiedziała, niemal szeptając.
-Nie smuć się. Nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli.-Uśmiechnęłam się smutno i kontynuowałam:
-Tata od jakiegoś czasu ma problemy z sercem. Kiedyś tak źle się poczuł, że mieliśmy podejrzenie zawału...Ciociu...ja nie chcę go stracić. Jest mi tak bardzo bliski...-Szepnęłam, przez zachodzące w oczach łzy.
Ciocia kilka sekund przyglądała mi się z bólem, a potem przytuliła, z wielkim i cudownym uczuciem.
-Będzie dobrze, malutka. Na każdego z nas przychodzi czas. Twój tata będzie jeszcze długo żył...na pewno zaprowadzi Cię do ślubu...na pewno przeżyjesz z nim jeszcze wiele wspaniałych chwil. Nie myśl tak...-Szepnęła i odsuwając się, delikatnie pogłaskała mnie po rozpuszczonych włosach.
Przytaknęłam i pozbywając się łez z policzków, wzięłam kilka łyków, ciepłej herbaty.
-Tak. Tata na pewno będzie ze mną jeszcze długo...mama również. Wszyscy jesteśmy jeszcze młodzi.-Uśmiechnęłam się przez łzy.
-Za młodzi.-Poprawiła mnie ciocia
*
Liverpool w świetle księżyca, wydawał się być inny. Taki tajemniczy, spokojny, zatrzymany we śnie.
Uchyłkiem, ubierając kurtkę i trampki wymknęłam się z domu i spacerowałam ciemnymi ulicami, wpatrując się w księżyc i migoczące w ciemnościach gwiazdy.
Przyglądałam się ludziom, którzy co jakiś czas przemierzali ulicę.
Skąpani w cieniu księżyca, wydawali się być tacy bliscy, idacy tuż obok, a zarazem jakby z zupełnie innego świata.
Przysiadłam na trawie, pod jednym z parkowych drzew.
Cały strach, od samotnego przemierzania ulic w ciemnościach, minął. Ważniejsze bylo po prostu wyjść.
Wyjść z domu.
Ten wieczór, rodzice spędzili na kłótni, takiej jak zawsze.
Zazwyczaj zaszywałam się w pokoju, udając, że nie słucham..lecz dziś, miałam dość.
Po prostu wyszłam.
Nie zwracałam uwagi, na ich protesty i próby zatrzymania mnie w domu.
Niech się martwią. Denerwują. Kłócą.
Nie mam obowiązku wysłuchiwać mamy, która dowiaduje się o kolejnej kochance ojca, a on zarzuca jej brak bliskości.
Spojrzałam w głąb, przykrytego ciemnością parku.
Zdawało się, usłyszeć szept.
Podniosłam się z wilgotnej trawy i postawiłam kilka pewnych, lecz nieufnych kroków, w stronę dobiegającego dźwięku.
Zauważyłam ruch.
Wśród drzew stał mężczyzna.Księżyc stawiał go w cieniu, przez co widzialam jedynie, jego rozwiane włosy i sylwetkę, którą okalało coś w rodzaju płaszcza.
W pierwszej chwili, byłam tak przerażona, że zaczęłam sie cofać.
Mężczyzna w lesie. W nocy.
Stał odwrócony więc chyłkiem, obróciłam się w stronę z której przeszłam i cicho zaczęłam stawiać kroki, pragnąc bez szelestu dotrzeć do domu.
-Zaczekaj.
Moje ciało przeszył lodowaty dreszcz. Zatrzymałam się w pół kroku i z bijącym sercem, odwróciłam się.
Przede mną stał on.
Rozpoznałam jego postawione, w artystycznym nieładzie włosy i przeszywający błysk w oku.
Chłopak z poczekalni.
Chłopak pytający o mnie, każdego dnia mojej nieobecności.
Chłopak, patrzący na mnie przez szyby szkoły.
-Kim ty tak naprawdę jesteś?-Spytałam przerażona, drżąc.
-Nikim ważnym.-Usłyszałam cichy szept, dobiegający z jego ust.-Musiałem cię znaleźć...musisz coś zrozumieć.
Pokręciłam głową i z przerażeniem, zaczęłam się cofać.
-Zostaw mnie...-Szepnęłam, nie potrafiąc uspokoić drżenia.
Zobaczyłam jego dłoń, próbującą mnie dotknąć, może uspokoić, może chcąc zrobić krzywdę.
Wyminęłam ją i z bijącym sercem, rzuciłam mu ostatnie przerażone spojrzenie i rozpędzając się, pobiegłam wprost w parkowy las.
*
Pierwszym wrażeniem, które zastałam po obudzeniu się, był niesamowity ból w czaszce.
Przeszywał i sprawiał, iż wydałam z siebie cichy jęk.
Otworzylam oczy. Poraził mnie blask ostrego, niemal rażącego słońca i chłód wiatru.
Wokół mnie rosły ciemne, wytwarzające ostry, świerkowy zapach, drzewa.
Z bólem przymknęłam oczy, próbując podnieść się z wilgotnego mchu, na którym leżalam.
Nie miałam pojecia, jak znalazłam się w tamtym miejscu i co stało się, że zaszłam aż tak daleko?
Rozejrzałam się dookoła siebie, próbując pozbyć się bolesnego ucisku w głowie i zdałam sobie sprawę, iż tak naprawdę nie wiem jak wrócić do domu.
Położyłam się ponownie na zimnym mchu i zamknęłam oczy zmęczone bólem,odpływając w inny świat.
*
Kolejne przebudzenie było łatwiejsze.
Głowa mniej bolała, a myśli były bardziej uporządkowane.
Z trudem udało mi się podnieść z ziemi. Zachwiałam się i zaczełam stawiać coraz śmielsze kroki w jednej ze stron obszernego lasu.
Natłok myśli, stawiał się nie do zniesienia.
Nie miałam pojęcia jak wrócić do domu i jak poradzić sobie w sytuacji z tajemniczym chłopakiem, prześladującym mnie i sprawiającym, że cała drżę.
Szłam w jednym, określonym kierunku, mając nadzieję, że wychodzę z lasu.
Po kilku godzinach, żmudnego i samotnego poszukiwania drogi do domu, udało mi się wyjść z lasu wprost na ruchliwą ulicę i złapać autostopa, choć nie było to łatwe.
Wsiadłam do samochodu, trzydziesto-kilkuletniej kobiety z dwójką dzieci i widząc jej pogodny wyraz twarzy, poprosiłam o podwiezienie na dany adres.
Byłam ogromnie szczęśliwa, że wyszłam drugą stroną parkowego lasu i odnalazłam dwupasmówkę prowadzącą do centrum.
Jadąc do domu, przymknęłam oczy i dałam sobie kilka minut na odpoczynek.
Po dotarciu do domu, ciepło podziękowałam uprzejmej kobiecie i zdenerwowana stanęłam na progu domu.
Tak jak mogłam się spodziewać, mama płakała, a tata krzyczał.
Zamknęłam się w łazience i zmywając z siebie resztki zaschniętej krwi i brudu, drżałam na myśl o tamtym młodym mężczyźnie.
n
piątek, 2 maja 2014
sobota, 19 kwietnia 2014
Rozdział I
Każdy dzień przynosi zmiany.
Każdy sprawia, iż uczymy się bycia coraz silniejszymi i lepszymi ludźmi.
Każdego dnia pokonujemy nowe trudności i zmagamy się z tym co przynoszą.
-Alice.
Spojrzałam na mamę. Długie, ciemne włosy spięła w koński ogon, a ostre rysy twarzy podkreśliła jasnym makijażem.
-Co myślisz o tym żakiecie? Czy pasuje do sukienki?-Zapytała prezentując strój.
Wzruszyłam ramionami. Mama powinna wiedzieć, że miałam gdzieś jej strój, makijaż, fryzury.
Traktowałam ją tak jak ona mnie.
-Będę dzisiaj trochę później...muszę załatwić kilka spraw.-Mruknęła i dopijając kawę wyszła z domu.
Spojrzałam za nią ze smutkiem.
Tak dobrze wiedziałam, że obecni rodzice nigdy nie będą mi bliscy.
Nigdy ich nie kochałam, nie potrafię.
W umyśle wciąż krąży mi mama, wesoła i kochana, w krótkich, orzechowych włosach i zabrudzonym od czekolady jaskrawo-żółtym fartuchu kuchennym.
Jest też tata, roześmiany mężczyzna, z burzą ciemnych loków w wyciągniętym szarym dresie i rękoma w kolorowych farbach, w których wraz ze mną błądził aby sprawić, że biała kartka papieru będzie arcydziełem.
-Nie zapomnij zapłacić Zuzannie. Pieniądze są w kuchni w pierwszej szufladzie.-Z zamyślenia wyrwał mnie głos ojca.
Kończył spożywać jajecznicę i domagał się zapłacenia gosposi, gdy wrócę ze szkoły.
Kiwnęłam głową i wróciłam do grzebania w śniadaniu.
Wolałabym chyba odejść na zawsze, niż znowu męczyć się z tymi wspomnieniami.
Wszystko wtedy byłoby wtedy takie łatwe.
A tak? Ciągle na nowo i na nowo muszę przypominać sobie rodziców, brata, przyjaciół i ukochanego...
Ciągle muszę przypominać sobie śmierć. Przeszywający ból. Oślepiające światła. Pisk opon.
Koniec wszystkiego.
Początek niczego.
*
Tego dnia pogoda była brzydka i deszczowa.
Założyłam stary wyciągnięty sweter w odcieniu brzydkiego fioletu i sprane jeansy.
Ubrałam kurtkę i brudne trampki, po czym z torbą w ręku ruszyłam przez ulicę Liverpoolu.
Wokół mnie pośpiesznie przebiegali ludzie z parasolami i z lękiem spóźnienia w oczach.
Naciągnęłam na ciemne włosy kaptur kurtki i przyśpieszając kroku, utkwiłam wzrok w ziemi.
Tak aby spokojnie myśleć.
Po przejściu kilku przecznic, zatrzymałam się przed dużym, kremowym budynkiem szkoły i pośpiesznie wbiegłam po zniszczonych schodach, wprost do drzwi.
W poczekalni siedział mężczyzna. Wyglądał na osiemnaście-dziewiętnaście lat.
Był niezwykle przystojny i opanowany.
Dłonie trzymał w kieszeniach ciemnego płaszcza a w ustach obojętnie żuł gumę.
Kilka sekund przyglądałam mu się w ciszy.Dawno nie widziałam tak ciekawego i przyciągającego uwagę chłopaka.
Po chwili spojrzał na mnie, swoim pełnym obojętności i uroku spojrzeniem.
Odwróciłam wzrok i skierowałam do szafek, aby przebrać zmoknięte ubrania.
Jeszcze tego mi brakowało.
Zauroczyć się w kimś nierealnym. Wspaniale.
Szybko ściągnęłam kurtkę i dłońmi przeczesałam mokre od deszczu włosy.
Kilkanaście sekund później, siedziałam w sali lekcyjnej i znużona, wpatrywałam się w owego młodego mężczyznę, który wyszedł ze szkoły i spokojnym krokiem przemierzał ulice Liverpoolu.
W ustach trzymał papierosa, którego nie zapalał, jakby czekając aż deszcz przestanie padać.
Nawet mokre i potargane przez wiatr włosy, sprawiały wrażenie ułożonych w artystycznym nieładzie.
Włożyłam do ust długopis i patrzałam jak odgarnia z oczu włosy, po czym staje i odwraca wzrok.
Patrzałam jak nasze spojrzenia się stykają. Jak posyła mi nieodgadniony uśmiech, po czym odchodzi i znika z pola wiedzenia.
Czułam jak zamieram. I robi mi się dziwnie gorąco.
*
Dłonie Gabriela delikatnie gładziły moje jasne, rozpuszczone włosy.
-Kocham Cię.-Szepnął a następnie delikatnie ujął moje dłonie we własne.
Posłałam mu pełen rozmarzenia uśmiech i rozłożyłam się na dużej kanapie w salonie.
-Będziemy razem już zawsze?-Zapytałam wpatrując się w okno, za którym błyskało złote słońce.
-Razem i jeszcze dłużej.-Powiedział układając się tuż obok mnie.
-A..jeżeli któreś z nas umrze?-Zapytałam pełna rozbawienia
-To drugie dołączy do niego po latach.-Mruknął smutno.
-Ale ja nie wytrzymam bez ciebie Gabriel...
-Nie zamierzam umierać,nie bój się.-Uśmiechnął się, a następnie delikatnie pocałował.
*
Nie lubię myśleć, ale zawsze do tego uciekam.
Dlaczego?
Łatwiej byłoby skupić się na lekcjach,porozmawiać z kimś, posłuchać muzyki, poczytać coś.
Ale nie.
Otóż ja, Alice Levy zawsze myślę za dużo, za dużo wspominam.
Potem nie potrafiąc panować nad samą sobą, nad swoim umysłem i odruchami-spotykam na własnych policzkach ślady po łzach a dookoła mnie, nieobecny i dawno nie odwiedzany realny świat.
Zmierzałam w stronę ulubionej kawiarni, do której chodziłam od kilku lat.
Usiadłam w kącie przy oknie i zamówiłam kubek ciepłego latte i coś do jedzenia.
Zauważyłam Kristen, dziewczynę ze szkoły z którą mam lekcje.
Była wysoką i bardzo szczupłą osobą. Miała niedługie, jasne włosy, prostą grzywkę i niezwykle jasną karnacje.
Tego dnia, jej usta poprawione były pudrowo różową pomadką, a oczy ciemną kredką.
Zdałam sobie sprawę, iż zmierzała w moją stronę i pytając o pozwolenie, przysiadła się obok mnie.
-Cześć, Alice.-Bąknęła, zdając sobie sprawę, że przecież nigdy nie rozmawiałyśmy.-Wybacz,że cię nachodzę...
-Nie ma sprawy.-Uśmiechnęłam się nieśmiało, stukając paznokciami o blat kawiarnego stolika.
-Otóż, jest sprawa. Kilka dni nie było cię w szkole...a właśnie wtedy zaczął do niej przychodzić pewien chłopak. Pytał właśnie o ciebie...dzisiaj również był.-Powiedziała z przejęciem, przyglądając się mojej reakcji.
Zdumiona, wzięłam głęboki oddech.
Kto chciał ze mną rozmawiać?
-Ah, ciekawe. Jak wygląda?-Zapytałam, udając niewzruszoną.
-Przed dwudziestką, baardzo przystojny i tajemniczy. Ma ciemny płaszcz. Dzisiaj siedział w poczekalni, przed lekcjami.
Przypomniałam sobie młodego mężczyznę,którego rano widziałam w poczekalni i obok szkoły.
-Aha.-Mruknęłam, udając,iż nie skojarzyłam go z nikim konkretnym.
Po powrocie do domu, zapłaciłam gosposi i opadłam na duże łóżko.
Spojrzałam w krople deszczu, wolno spływające po oknie i tym razem, nie wspominałam przeżyć, lecz gorączkowo zastanawiałam się nad tym, kim on był i dlaczego od kilku dni o mnie pytał?
Każdego dnia pokonujemy nowe trudności i zmagamy się z tym co przynoszą.
-Alice.
Spojrzałam na mamę. Długie, ciemne włosy spięła w koński ogon, a ostre rysy twarzy podkreśliła jasnym makijażem.
-Co myślisz o tym żakiecie? Czy pasuje do sukienki?-Zapytała prezentując strój.
Wzruszyłam ramionami. Mama powinna wiedzieć, że miałam gdzieś jej strój, makijaż, fryzury.
Traktowałam ją tak jak ona mnie.
-Będę dzisiaj trochę później...muszę załatwić kilka spraw.-Mruknęła i dopijając kawę wyszła z domu.
Spojrzałam za nią ze smutkiem.
Tak dobrze wiedziałam, że obecni rodzice nigdy nie będą mi bliscy.
Nigdy ich nie kochałam, nie potrafię.
W umyśle wciąż krąży mi mama, wesoła i kochana, w krótkich, orzechowych włosach i zabrudzonym od czekolady jaskrawo-żółtym fartuchu kuchennym.
Jest też tata, roześmiany mężczyzna, z burzą ciemnych loków w wyciągniętym szarym dresie i rękoma w kolorowych farbach, w których wraz ze mną błądził aby sprawić, że biała kartka papieru będzie arcydziełem.
-Nie zapomnij zapłacić Zuzannie. Pieniądze są w kuchni w pierwszej szufladzie.-Z zamyślenia wyrwał mnie głos ojca.
Kończył spożywać jajecznicę i domagał się zapłacenia gosposi, gdy wrócę ze szkoły.
Kiwnęłam głową i wróciłam do grzebania w śniadaniu.
Wolałabym chyba odejść na zawsze, niż znowu męczyć się z tymi wspomnieniami.
Wszystko wtedy byłoby wtedy takie łatwe.
A tak? Ciągle na nowo i na nowo muszę przypominać sobie rodziców, brata, przyjaciół i ukochanego...
Ciągle muszę przypominać sobie śmierć. Przeszywający ból. Oślepiające światła. Pisk opon.
Koniec wszystkiego.
Początek niczego.
*
Tego dnia pogoda była brzydka i deszczowa.
Założyłam stary wyciągnięty sweter w odcieniu brzydkiego fioletu i sprane jeansy.
Ubrałam kurtkę i brudne trampki, po czym z torbą w ręku ruszyłam przez ulicę Liverpoolu.
Wokół mnie pośpiesznie przebiegali ludzie z parasolami i z lękiem spóźnienia w oczach.
Naciągnęłam na ciemne włosy kaptur kurtki i przyśpieszając kroku, utkwiłam wzrok w ziemi.
Tak aby spokojnie myśleć.
Po przejściu kilku przecznic, zatrzymałam się przed dużym, kremowym budynkiem szkoły i pośpiesznie wbiegłam po zniszczonych schodach, wprost do drzwi.
W poczekalni siedział mężczyzna. Wyglądał na osiemnaście-dziewiętnaście lat.
Był niezwykle przystojny i opanowany.
Dłonie trzymał w kieszeniach ciemnego płaszcza a w ustach obojętnie żuł gumę.
Kilka sekund przyglądałam mu się w ciszy.Dawno nie widziałam tak ciekawego i przyciągającego uwagę chłopaka.
Po chwili spojrzał na mnie, swoim pełnym obojętności i uroku spojrzeniem.
Odwróciłam wzrok i skierowałam do szafek, aby przebrać zmoknięte ubrania.
Jeszcze tego mi brakowało.
Zauroczyć się w kimś nierealnym. Wspaniale.
Szybko ściągnęłam kurtkę i dłońmi przeczesałam mokre od deszczu włosy.
Kilkanaście sekund później, siedziałam w sali lekcyjnej i znużona, wpatrywałam się w owego młodego mężczyznę, który wyszedł ze szkoły i spokojnym krokiem przemierzał ulice Liverpoolu.
W ustach trzymał papierosa, którego nie zapalał, jakby czekając aż deszcz przestanie padać.
Nawet mokre i potargane przez wiatr włosy, sprawiały wrażenie ułożonych w artystycznym nieładzie.
Włożyłam do ust długopis i patrzałam jak odgarnia z oczu włosy, po czym staje i odwraca wzrok.
Patrzałam jak nasze spojrzenia się stykają. Jak posyła mi nieodgadniony uśmiech, po czym odchodzi i znika z pola wiedzenia.
Czułam jak zamieram. I robi mi się dziwnie gorąco.
*
Dłonie Gabriela delikatnie gładziły moje jasne, rozpuszczone włosy.
-Kocham Cię.-Szepnął a następnie delikatnie ujął moje dłonie we własne.
Posłałam mu pełen rozmarzenia uśmiech i rozłożyłam się na dużej kanapie w salonie.
-Będziemy razem już zawsze?-Zapytałam wpatrując się w okno, za którym błyskało złote słońce.
-Razem i jeszcze dłużej.-Powiedział układając się tuż obok mnie.
-A..jeżeli któreś z nas umrze?-Zapytałam pełna rozbawienia
-To drugie dołączy do niego po latach.-Mruknął smutno.
-Ale ja nie wytrzymam bez ciebie Gabriel...
-Nie zamierzam umierać,nie bój się.-Uśmiechnął się, a następnie delikatnie pocałował.
*
Nie lubię myśleć, ale zawsze do tego uciekam.
Dlaczego?
Łatwiej byłoby skupić się na lekcjach,porozmawiać z kimś, posłuchać muzyki, poczytać coś.
Ale nie.
Otóż ja, Alice Levy zawsze myślę za dużo, za dużo wspominam.
Potem nie potrafiąc panować nad samą sobą, nad swoim umysłem i odruchami-spotykam na własnych policzkach ślady po łzach a dookoła mnie, nieobecny i dawno nie odwiedzany realny świat.
Zmierzałam w stronę ulubionej kawiarni, do której chodziłam od kilku lat.
Usiadłam w kącie przy oknie i zamówiłam kubek ciepłego latte i coś do jedzenia.
Zauważyłam Kristen, dziewczynę ze szkoły z którą mam lekcje.
Była wysoką i bardzo szczupłą osobą. Miała niedługie, jasne włosy, prostą grzywkę i niezwykle jasną karnacje.
Tego dnia, jej usta poprawione były pudrowo różową pomadką, a oczy ciemną kredką.
Zdałam sobie sprawę, iż zmierzała w moją stronę i pytając o pozwolenie, przysiadła się obok mnie.
-Cześć, Alice.-Bąknęła, zdając sobie sprawę, że przecież nigdy nie rozmawiałyśmy.-Wybacz,że cię nachodzę...
-Nie ma sprawy.-Uśmiechnęłam się nieśmiało, stukając paznokciami o blat kawiarnego stolika.
-Otóż, jest sprawa. Kilka dni nie było cię w szkole...a właśnie wtedy zaczął do niej przychodzić pewien chłopak. Pytał właśnie o ciebie...dzisiaj również był.-Powiedziała z przejęciem, przyglądając się mojej reakcji.
Zdumiona, wzięłam głęboki oddech.
Kto chciał ze mną rozmawiać?
-Ah, ciekawe. Jak wygląda?-Zapytałam, udając niewzruszoną.
-Przed dwudziestką, baardzo przystojny i tajemniczy. Ma ciemny płaszcz. Dzisiaj siedział w poczekalni, przed lekcjami.
Przypomniałam sobie młodego mężczyznę,którego rano widziałam w poczekalni i obok szkoły.
-Aha.-Mruknęłam, udając,iż nie skojarzyłam go z nikim konkretnym.
Po powrocie do domu, zapłaciłam gosposi i opadłam na duże łóżko.
Spojrzałam w krople deszczu, wolno spływające po oknie i tym razem, nie wspominałam przeżyć, lecz gorączkowo zastanawiałam się nad tym, kim on był i dlaczego od kilku dni o mnie pytał?
wtorek, 15 kwietnia 2014
Prolog
Dziwnie jest umrzeć i ponownie urodzić się, pamiętając wszystko.
Straciłam wszystko.
Ukochaną rodzinę, przyjaciół, chłopaka, cudowne życie. Którego nigdy, nie sposób będzie mi zapomnieć.
Zawszę będę żyła również tamtymi wspomnieniami.
Tamtymi ludźmi.
Tamtymi uczuciami.
Tęsknię za rodzicami i młodszym bratem. Za ich dobrocią, miłością,życiem z nimi.
Tęsknię za grupką bliskich mi przyjaciół. Każdy z nich na swój sposób był wyjątkowy i nie starczyłoby mi życia aby opisać każdego z nich.
Moje serce nadal kocha, a mózg wspomina Gabriela. Chłopaka, który odmienił mnie na każdy możliwy sposób. Pokochał, zrozumiał i był najlepszy na świecie.
Od mojej śmierci minęły długie lata. Urodziłam się znowu- tym razem jednak w przyszłości.
Z inną rodziną. Z innym wyglądem. Lecz z tą samą duszą, pamiętającą jej poprzednie istnienie.
Tak więc, zdarzyło się coś co nie miało prawa się stać.
Żyję tutaj, w Liverpoolu, oddalonym tysiące mil od Los Angeles w którym żyłam kilkadziesiąt lat wcześniej.
Moi rodzice zapatrzeni w siebie, skupieni na pracy, znajomych i egoistycznych przyjemnościach, zapominają o tym, iż mają jakąkolwiek córkę.
Samotność stała się moją codziennością.
Wcześniej codzienne spotkania i rozmowy z przyjaciółmi, zmieniły się w codzienne samotne spacery i czytanie mętnych książek.
W Liverpoolu urodziłam się jako inna osoba.Nieśmiała i zamknięta w sobie.
Kiedyś byłam duszą towarzystwa. Wesołą, otaczającą się znajomymi.
Teraz, wszystko się zmieniło.
Tylko wspomnienia pozostały.
Straciłam wszystko.
Ukochaną rodzinę, przyjaciół, chłopaka, cudowne życie. Którego nigdy, nie sposób będzie mi zapomnieć.
Zawszę będę żyła również tamtymi wspomnieniami.
Tamtymi ludźmi.
Tamtymi uczuciami.
Tęsknię za rodzicami i młodszym bratem. Za ich dobrocią, miłością,życiem z nimi.
Tęsknię za grupką bliskich mi przyjaciół. Każdy z nich na swój sposób był wyjątkowy i nie starczyłoby mi życia aby opisać każdego z nich.
Moje serce nadal kocha, a mózg wspomina Gabriela. Chłopaka, który odmienił mnie na każdy możliwy sposób. Pokochał, zrozumiał i był najlepszy na świecie.
Od mojej śmierci minęły długie lata. Urodziłam się znowu- tym razem jednak w przyszłości.
Z inną rodziną. Z innym wyglądem. Lecz z tą samą duszą, pamiętającą jej poprzednie istnienie.
Tak więc, zdarzyło się coś co nie miało prawa się stać.
Żyję tutaj, w Liverpoolu, oddalonym tysiące mil od Los Angeles w którym żyłam kilkadziesiąt lat wcześniej.
Moi rodzice zapatrzeni w siebie, skupieni na pracy, znajomych i egoistycznych przyjemnościach, zapominają o tym, iż mają jakąkolwiek córkę.
Samotność stała się moją codziennością.
Wcześniej codzienne spotkania i rozmowy z przyjaciółmi, zmieniły się w codzienne samotne spacery i czytanie mętnych książek.
W Liverpoolu urodziłam się jako inna osoba.Nieśmiała i zamknięta w sobie.
Kiedyś byłam duszą towarzystwa. Wesołą, otaczającą się znajomymi.
Teraz, wszystko się zmieniło.
Tylko wspomnienia pozostały.
Subskrybuj:
Posty (Atom)