-Dawno Cię tu nie było.-Ściskające mnie dłonie ciotki, były chłodne i szorstkie. -Cieszę się, że mnie odwiedziłaś.
Złożyłam na jej policzku delikatny pocałunek i usiadłam na jednej z kanap, przykrytych różowymi kocami.
-Chcesz herbaty? kawy?-Zapytała wchodząc do połączonej z salonem kuchni.
-Chętnie napiję się herbaty.- Odparłam przeczesując dłonią włosy.
Ciotka nastawiła wodę w czajniku i wsypała do filiżanek herbatę.
-Co cię do mnie sprowadza, kochanie?-Zapytała uśmiechając się przyjaźnie.
-Tata coraz gorzej się czuje Ciociu...-Mruknęłam wpatrując się we własne, suche od zimna dłonie.
-Och.-Ciotka westchnęła, głęboko zaciągając się powietrzem.-Tak bardzo mi głupio....że nasze relacje się tak popsuły...chciałabym wiedzieć co się z nim dzieje.-Powiedziała, niemal szeptając.
-Nie smuć się. Nie zawsze wszystko układa się po naszej myśli.-Uśmiechnęłam się smutno i kontynuowałam:
-Tata od jakiegoś czasu ma problemy z sercem. Kiedyś tak źle się poczuł, że mieliśmy podejrzenie zawału...Ciociu...ja nie chcę go stracić. Jest mi tak bardzo bliski...-Szepnęłam, przez zachodzące w oczach łzy.
Ciocia kilka sekund przyglądała mi się z bólem, a potem przytuliła, z wielkim i cudownym uczuciem.
-Będzie dobrze, malutka. Na każdego z nas przychodzi czas. Twój tata będzie jeszcze długo żył...na pewno zaprowadzi Cię do ślubu...na pewno przeżyjesz z nim jeszcze wiele wspaniałych chwil. Nie myśl tak...-Szepnęła i odsuwając się, delikatnie pogłaskała mnie po rozpuszczonych włosach.
Przytaknęłam i pozbywając się łez z policzków, wzięłam kilka łyków, ciepłej herbaty.
-Tak. Tata na pewno będzie ze mną jeszcze długo...mama również. Wszyscy jesteśmy jeszcze młodzi.-Uśmiechnęłam się przez łzy.
-Za młodzi.-Poprawiła mnie ciocia
*
Liverpool w świetle księżyca, wydawał się być inny. Taki tajemniczy, spokojny, zatrzymany we śnie.
Uchyłkiem, ubierając kurtkę i trampki wymknęłam się z domu i spacerowałam ciemnymi ulicami, wpatrując się w księżyc i migoczące w ciemnościach gwiazdy.
Przyglądałam się ludziom, którzy co jakiś czas przemierzali ulicę.
Skąpani w cieniu księżyca, wydawali się być tacy bliscy, idacy tuż obok, a zarazem jakby z zupełnie innego świata.
Przysiadłam na trawie, pod jednym z parkowych drzew.
Cały strach, od samotnego przemierzania ulic w ciemnościach, minął. Ważniejsze bylo po prostu wyjść.
Wyjść z domu.
Ten wieczór, rodzice spędzili na kłótni, takiej jak zawsze.
Zazwyczaj zaszywałam się w pokoju, udając, że nie słucham..lecz dziś, miałam dość.
Po prostu wyszłam.
Nie zwracałam uwagi, na ich protesty i próby zatrzymania mnie w domu.
Niech się martwią. Denerwują. Kłócą.
Nie mam obowiązku wysłuchiwać mamy, która dowiaduje się o kolejnej kochance ojca, a on zarzuca jej brak bliskości.
Spojrzałam w głąb, przykrytego ciemnością parku.
Zdawało się, usłyszeć szept.
Podniosłam się z wilgotnej trawy i postawiłam kilka pewnych, lecz nieufnych kroków, w stronę dobiegającego dźwięku.
Zauważyłam ruch.
Wśród drzew stał mężczyzna.Księżyc stawiał go w cieniu, przez co widzialam jedynie, jego rozwiane włosy i sylwetkę, którą okalało coś w rodzaju płaszcza.
W pierwszej chwili, byłam tak przerażona, że zaczęłam sie cofać.
Mężczyzna w lesie. W nocy.
Stał odwrócony więc chyłkiem, obróciłam się w stronę z której przeszłam i cicho zaczęłam stawiać kroki, pragnąc bez szelestu dotrzeć do domu.
-Zaczekaj.
Moje ciało przeszył lodowaty dreszcz. Zatrzymałam się w pół kroku i z bijącym sercem, odwróciłam się.
Przede mną stał on.
Rozpoznałam jego postawione, w artystycznym nieładzie włosy i przeszywający błysk w oku.
Chłopak z poczekalni.
Chłopak pytający o mnie, każdego dnia mojej nieobecności.
Chłopak, patrzący na mnie przez szyby szkoły.
-Kim ty tak naprawdę jesteś?-Spytałam przerażona, drżąc.
-Nikim ważnym.-Usłyszałam cichy szept, dobiegający z jego ust.-Musiałem cię znaleźć...musisz coś zrozumieć.
Pokręciłam głową i z przerażeniem, zaczęłam się cofać.
-Zostaw mnie...-Szepnęłam, nie potrafiąc uspokoić drżenia.
Zobaczyłam jego dłoń, próbującą mnie dotknąć, może uspokoić, może chcąc zrobić krzywdę.
Wyminęłam ją i z bijącym sercem, rzuciłam mu ostatnie przerażone spojrzenie i rozpędzając się, pobiegłam wprost w parkowy las.
*
Pierwszym wrażeniem, które zastałam po obudzeniu się, był niesamowity ból w czaszce.
Przeszywał i sprawiał, iż wydałam z siebie cichy jęk.
Otworzylam oczy. Poraził mnie blask ostrego, niemal rażącego słońca i chłód wiatru.
Wokół mnie rosły ciemne, wytwarzające ostry, świerkowy zapach, drzewa.
Z bólem przymknęłam oczy, próbując podnieść się z wilgotnego mchu, na którym leżalam.
Nie miałam pojecia, jak znalazłam się w tamtym miejscu i co stało się, że zaszłam aż tak daleko?
Rozejrzałam się dookoła siebie, próbując pozbyć się bolesnego ucisku w głowie i zdałam sobie sprawę, iż tak naprawdę nie wiem jak wrócić do domu.
Położyłam się ponownie na zimnym mchu i zamknęłam oczy zmęczone bólem,odpływając w inny świat.
*
Kolejne przebudzenie było łatwiejsze.
Głowa mniej bolała, a myśli były bardziej uporządkowane.
Z trudem udało mi się podnieść z ziemi. Zachwiałam się i zaczełam stawiać coraz śmielsze kroki w jednej ze stron obszernego lasu.
Natłok myśli, stawiał się nie do zniesienia.
Nie miałam pojęcia jak wrócić do domu i jak poradzić sobie w sytuacji z tajemniczym chłopakiem, prześladującym mnie i sprawiającym, że cała drżę.
Szłam w jednym, określonym kierunku, mając nadzieję, że wychodzę z lasu.
Po kilku godzinach, żmudnego i samotnego poszukiwania drogi do domu, udało mi się wyjść z lasu wprost na ruchliwą ulicę i złapać autostopa, choć nie było to łatwe.
Wsiadłam do samochodu, trzydziesto-kilkuletniej kobiety z dwójką dzieci i widząc jej pogodny wyraz twarzy, poprosiłam o podwiezienie na dany adres.
Byłam ogromnie szczęśliwa, że wyszłam drugą stroną parkowego lasu i odnalazłam dwupasmówkę prowadzącą do centrum.
Jadąc do domu, przymknęłam oczy i dałam sobie kilka minut na odpoczynek.
Po dotarciu do domu, ciepło podziękowałam uprzejmej kobiecie i zdenerwowana stanęłam na progu domu.
Tak jak mogłam się spodziewać, mama płakała, a tata krzyczał.
Zamknęłam się w łazience i zmywając z siebie resztki zaschniętej krwi i brudu, drżałam na myśl o tamtym młodym mężczyźnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz